wtorek, 27 lipca 2010

Cały ten Kutz - Aleksandra Klich

Są już pierwsze pozytywne skutki stażu w bibliotece. "Przechwyciłam" dosyć poczytną serię, rozpoczynającą się od tomu  Naznaczona:) Na chwilę obecną nie mam jeszcze nic do powiedzenia na jej temat, dlatego skupię się raczej na niepokornej biografii Kazimierza Kutza- reżysera, polityka, a ostatnio i literata. Piątej strony świata nie miałam jeszcze okazji przeczytać ( jak tylko dostanie się w moje łapki to na pewno to zrobię) natomiast biografia, napisana przez Aleksandrę Klich, wydała mi się naprawdę ciekawa. Od razu zaznaczam, że nie jest to typowa biografia, ale raczej zlepek wypowiedzi ludzi kultury i polityki na temat szeroko rozumianej działalności Kutza począwszy od tworzonych przez niego filmów i przedstawień, na osobistych poczynaniach kończąc. Reżyser nie pozostaje dłużny i również komentuje wypowiedziane na swój temat opinie. Całość wypełnia narracja porządkująca tę wymianę zdań. Muszę jednak zmartwić tych, którzy spodziewają się przyjemnego "podglądania" znanej osoby.Lektura wymaga skupienia, ale w zamian daje możliwość poszerzenia horyzontów zarówno w zakresie sztuki filmowej, jak i historycznych faktów. Ciekawa konstrukcja, wiele cytatów oraz odrobina "ślonskij gotki" (śląskie rozmowy:) Czytało się rewelacyjnie, mimo że pana Kutza kojarzyłam do tej pory głównie z Paciorkami jednego różańca i Solą ziemi czarnej - filmami typowo śląskimi, ukazującymi, że Śląsk to coś więcej niż tylko region. Polecam wszystkim chociaż ostrzegam, że nie jest to łatwa proza.

wtorek, 20 lipca 2010

:)

Pozwólcie, że tylko się do was uśmiechnę i powiem, że praca w bibliotece naprawdę mi się podoba, chociaż nie jest tak bezproblemowa, jak się niektórym wydaje. Zbieram siły na napisanie postu, bo narobiło się trochę zaległości. Póki co tylko się melduję, żebyście o mnie nie zapomniały:)

Ps. Koszatniczka już się zadomowiła. Jest naprawdę urocza i pocieszna :)

środa, 7 lipca 2010

Zamieszanie


Mam trochę zaległości względem tego bloga. Obiecałam sobie, że po każdej, ale to każdej książce pojawi się post. I co ? Jednak z drugiej strony czuję się usprawiedliwiona. Wiele się ostatnio działo. Po pierwsze ten staż. Na chwilę obecną jestem na finiszu wszelkich formalności i od poniedziałku zaczynam :) Już mam lekkiego stresa... ale co tam przecież idę do biblioteki, a nie do kopalni głębionej. Musiałam przejść trzydniowe szkolenie aktywizacyjne, lekarza medycyny pracy i wypisać oczywiście kilka "niezbędnych" papierków. Poza tym od kilku dni opiekuję się znalezioną w parku koszatniczką, którą ktoś wypuścił. Niestety ... wszystko wskazuje na to, że jednak wypuścił. Przykre, ale prawdziwe. Dziś byłyśmy u weterynarza podciąć pazurki i na ogólnych oględzinach :) I co najlepsze nic nie zapłaciłam za wizytę. Taka nagroda, jak to określiła pani doktor za dobre serce:) Koszatniczka wygląda ogólnie na zdrową, bo szaleje w klatce i poza nią, a ja czasem nie mogę za nią nadążyć:) Jednocześnie uspokajam, że cały czas czytam, tego sobie nie odpuściłam, więc pojawią się recenzje, ale kiedy... trudno stwierdzić.

niedziela, 27 czerwca 2010

A miało być tak pięknie ...

Niestety nie będzie mi dane sprawdzić się jako opiekun dzieci na koloniach. Niemniej dziękuję za trzymanie kciuków i słowa dopingu :) Może w przyszłym roku. Na chwilę obecną przygotowuję się do stażu w bibliotece, z którego bardzo się cieszę. Na razie wszystko jest na wstępnym etapie, ale mam nadzieję, że już wkrótce pobawię się w bibliotekarza:) Odpadły kolonie, opadł też trochę stres z nimi związany, dlatego myślę, że już niebawem wrócę z nowymi recenzjami:) A kolonie no cóż... szkoda, zwłaszcza, że większość rzeczy była już właściwie przygotowana, podobnie zresztą jak moje nastawienie. Życie czasem zaskakuje...

środa, 23 czerwca 2010

Już za parę dni, za dni parę ...

Wspomniany we wcześniejszych postach wyjazd na Mazury już niebawem stanie się faktem. Kolonie te zaprzątają moją głowę i mocno mnie absorbują, dlatego zmuszona jestem zrobić sobie małą przerwę w pisaniu
( chyba, że najdzie mnie niebywała wena i coś napiszę:). Póki co życzę Wam wspaniałej wakacyjnej pogody i trzymajcie za mnie kciuki, abym sprawdziła się jako wychowawca :)

wtorek, 15 czerwca 2010

Po lekturze Mariny stwierdziłam definitywnie, że klimat, który stwarza w swoich powieściach Carlos Ruiz Zafon chyba nie do końca mi odpowiada. Mrok, przygnębienie, wszechobecne uczucie osaczenia czy zbyt surrealistyczne tajemnice sprawiają, że z jednej strony ciekawa jestem kolejnych stron, ale z drugiej sama nie wiem czy chcę się dowiedzieć co zostało na nich napisane. 
Co można napisać o Marinie? Utrzymana w stylistyce grozy w pewnym stopniu nawiązuje do Cienia wiatru, natomiast skrywa w sobie zupełnie inne tajemnice. Nie ma tu cmentarzyska książek, ani dysput na ich temat, ale za to pełno absurdalnie niesamowitych historii, poruszających się kukieł i tajemniczych postaci. Głównym bohaterem jest piętnastoletni uczeń barcelońskiej szkoły z internatem Oscar Drai, który zafascynowany atmosferą secesyjnych pałacyków stale wśród nich spaceruje, chłonąc klimat otaczającej ich tajemniczości. To właśnie podczas takiej przechadzki poznaje Marinę-córkę właściciela jednego z nich, z którą niebawem złączy go wielka przyjaźń i tajemnica damy w czerni... 
Marina to trzymająca w napięciu ( chociaż nie brakuje momentów, kiedy akcja zwalnia, stając się wręcz nudną) opowieść, na kartach której przewija się wiele wątków i postaci, od przecudnej śpiewaczki operowej i jej opiekunów, poprzez malarza o słabym zdrowiu, na szalonym naukowcu kończąc. Każda postać w określony sposób związana jest z inną tworząc swoistą sieć, w którą wplecione zostały poszczególne historie i retrospekcje. Historia o życiu, śmierci i niedoskonałościach natury, których poprawiać człowiek nie powinien.
Czytając książkę, nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że ma w sobie coś z kiczu i przesady, a głównym bohaterom - Oscarowi i Marinie to chyba zabrakło instynktu samozachowawczego. Na chwilę obecną podziękuję  za Zafona, chociaż nie wykluczam, że jeszcze kiedyś po niego sięgnę.
Post nieco chaotyczny, ale za to odzwierciedlający stan mojego umysłu po przeczytaniu Mariny.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

:)

Za niecałe dwa tygodnie wyjeżdżam z dziećmi na kolonie na Mazury. Jeżeli znacie jakieś książki z mazurskimi legendami lub bajkami to napiszcie autora i tytuł. Będę wdzięczna za każdy komentarz. 
Marinę przeczytałam, ale chwilowo nie mam zbyt wiele czasu na napisanie czegokolwiek na jej temat. Jak znajdę chwilkę to wszystko nadrobię :).

wtorek, 8 czerwca 2010

Kwiat Pustyni - Waris Dirie , Cathleen Miller

"Matka nadała mi imię cudu natury: "Waris" to nazwa pewnego szczególnego pustynnego kwiatu. Widuje się go na pustkowiach sprawiających wrażenie, że nic żywego nie jest w stanie tam przetrwać". Imię wyjątkowe, podobnie jak osoba, która je otrzymała. Silna, od najmłodszych lat nieco zbuntowana oraz gotowa na wszelkie poświęcenie, aby spełnić swoje marzenia. Pomimo, że kochała swoich najbliższych, a Somalia napawała ją dumą to jednak z wieloma obyczajami nie była w stanie się pogodzić. Uciekała. Pieszo przebyła setki kilometrów, spotykając po drodze różnych ludzi, nie zawsze mających dobre zamiary, aż w końcu i do niej szczęście się uśmiechnęło. Przybyła do Londynu, w którym życie wcale nie okazało się prostsze.
Waris, wychowana w tradycyjnej nomadzkiej rodzinie, przeżyła w dzieciństwie obrzezanie, które okaleczyło ją nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim duchowo, rzutując na jej całe przyszłe dorosłe życie. To był punkt zwrotny. Mimo, że miała wtedy zaledwie pięć lat, doskonale pamięta ból i cierpienie, które jej zadano. Dziś jako znana modelka działa w Fundacji Ludnościowej ONZ, walcząc o zaprzestanie tak niehumanitarnych praktyk.
Kwiat pustyni to nie tylko ciekawie napisana autobiografia, ukazująca kolejne etapy kariery i działalności Waris Dirie, ale także publikacja, która wręcz namacalnie ukazuje zderzenie dwóch skrajnie różnych kultur, podkreślając jednocześnie mocny kontrast pomiędzy bogatym, pełnym możliwości Zachodem, a ubogimi, pustynnymi terenami Afryki. Nade wszystko jednak stała się dramatycznym świadectwem przeżytych upokorzeń i krzywd oraz głosem sprzeciwu wobec okrutnych praktyk obrzezania kobiet w wielu afrykańskich krajach.
Książka bardzo przyjemna, momentami zabawna, ale nie pozbawiona dramatyzmu, budząca w czytelniku różnobarwne uczucia, od radości, poprzez podziw, aż po poczucie braku sprawiedliwości. Naprawdę warto przeczytać, zwłaszcza, że książkę "pochłania się" błyskawicznie.

"Wychowawszy się w Afryce, nie nabyłam poczucia historii, które wydaje się tak ważne w innych częściach świata. Aż do roku 1973 język somalijski nie miał pisemnej formy przekazu, więc nie uczyliśmy się ani czytać, ani pisać... "

"Tak jak reszta rodziny nie wiedziałam ile mam lat [...] Dziecko rodzące się w moim kraju miało niewielkie szanse, że dożyje roku, więc nie uważano, aby zapisywanie daty było istotne..."

sobota, 5 czerwca 2010

Imię Róży - Umberto Eco


"Gdybym miał napisać opowiadanie kryminalne, jego akcja rozgrywałaby się w średniowiecznym klasztorze, a sama książka miałaby co najmniej 500 stron". Taką odpowiedź otrzymała redaktorka pewnej gazety, która, chcąc stworzyć cykl kryminalnych opowiadań pióra najlepszych pisarzy, poprosiła U. Eca o napisanie jednego z nich.

Jakiś czas potem powstaje Imię Róży - jedna z najznakomitszych książek XX wieku. Przenikliwa, inteligentna ( bo jakby inaczej;), ale nade wszystko trzymająca w napięciu powieść prowadzi czytelnika do opactwa benedyktyńskiego w północnych Włoszech, do którego przybywa były inkwizytor- brat Wilhelm z Bascavilli wraz ze swoim uczniem Adso, aby wziąć udział w teologicznej dyspucie na temat ubóstwa Chrystusa, które to stało się kością niezgody między braćmi minorytami, a papieżem. Jednak w tym samym czasie na terenie opactwa dochodzi do tajemniczego morderstwa, które w opinii opata Abbona rzuca hańbiące światło na to święte miejsce. Znając przenikliwość, talent oraz bystrość umysłu Wilhelma, Abbon prosi swojego gościa o pomoc. W czasie śledztwa w tajemniczych okolicznościach, pozornie według schematu zawartego w Apokalipsie św. Jana, giną kolejni mnisi, a trop prowadzi do biblioteki, która skrywa wiele tajemnic...

Imię Róży to nie tylko świetna powieść kryminalna, ale także studium ludzkiej natury oraz szkic średniowiecznej, surowej obyczajowości klasztornej, która nierzadko staje się przyczyną perwersyjnych nadużyć. Wyłaniający się z kart powieści obraz czternastowiecznego Kościoła katolickiego ukazuje zakłamanie, chciwość oraz upadek obyczajów jego przedstawicieli oraz wyznawców. Płynnie wplecione w nurt akcji retrospekcje i barwne opowieści nie tylko uzupełniają całość, ale podają wiele przykładów potwierdzających przewrotną działalność papieża, biskupów, a nawet samych zakonników, dla których walka z herezją oraz dobra doczesne skutecznie przesłoniły to, co w religii najważniejsze- Boga. Książka, pomimo swojego piękna, nie jest łatwa w odbiorze. Zmuszając do "wytężenia szarych komórek", pozwala poznać pewne fakty historyczne oraz zatopić się w zagmatwanych dyskusjach teologiczno-filozoficznych, które z kolei odsyłają do innych źródeł wiedzy. Utwór bardzo wymagający i myślę, że dopiero ponowna lektura pozwoli w stu procentach zrozumieć przesłanie autora. Niemniej zachwyciła mnie wspaniała proza (którą zawdzięcza się również pracy Adama Szymanowskiego- tłumacza) oraz niebanalność konstrukcji oparta na liturgii godzin - modlitwie praktykowanej głównie wśród duchowieństwa oraz wspomnieniach starego już Adsa, który dokonuje w pewnym sensie rozrachunku tamtego okresu oraz interpretacji opisanych wydarzeń.

Książka rewelacyjna. Przemyślana fabuła, ciekawie skonstruowany wątek kryminalny, będący jednocześnie kanwą dla teologiczno-filozoficznych rozważań oraz wiele ciekawych postaci ukazujących wachlarz ludzkich słabości i wad. Pisząc tę powieść, Eco udowodnił, że nie można odmówić mu erudycji.


Kilka cytatów, abyście poczuli klimat powieści :)

Postawiłem sobie za cel opowiedzieć o tych odległych wydarzeniach całą prawdę, prawdy zaś nie da się podzielić. lśni własnym blaskiem i nie chce by pomniejszały ją wzgląd na nasze dobro i nasze zawstydzenie ...

I kiedy nie wiedziałem uciekać li czy zbliżyć się bardziej, a w głowie pulsowało mi, jakby trąby Jozuego rozbrzmiewały, by zburzyć mury Jerycha ... ( str. 247)

- Adso - rzekł Wilhelm- zauważyłeś, że rzeczy najciekawsze dzieją się tu nocą. Nocą się umiera, nocą krąży po skryptorium, nocą sprowadza się w obręb muru niewiasty... (str. 268)

- O z pewnością- rzekł Wilhlem- trzy zaś i cztery daje siede, liczbę wyjątkowo mistyczną. a trzy pomnożone przez cztery daje dwanaście jak liczba apostołów, dwanaście przez dwanaście daje sto czterdzieści cztery, to jej liczbę wybranych... (str. 442)

Gdyby tego rodzaju wydarzenie zaszło pierwszej nocy, zaraz pomyślałbym o zmarłych mnichach, lecz teraz najgorszego gotów byłem spodziewać się po mnichach żywych ... ( str.456).

środa, 2 czerwca 2010

Egzamin dojrzałości - Lois Lowry


Imię Róży w toku, tak więc na dzielenie się wrażeniami przyjdzie jeszcze czas. Natomiast dziś coś zupełnie z innej beczki, w żadnej mierze nie korespondujące z formą, klimatem czy nawet poziomem wyżej wymienionej książki. Przeglądałam ostatnio biblioteczny regał z publikacjami młodzieżowymi i znalazłam to ... Egzamin dojrzałości. Skusiła mnie prosta choć może odrobinkę pretensjonalna okładka i krótki opis zamieszczony na jej odwrocie, który brzmi : Natalie Armstrong ma wszystko, o czym dziewczyna może marzyć: urodę i inteligencję, kochającą, wyjątkową rodzinę i wspaniałego chłopaka. Ale czegoś jej brakuje, a mianowicie odpowiedzi na bardzo ważne pytanie: "Kim jest moja matka?" Aby znaleźć na nie odpowiedź, siedemnastoletnia Natalie wyrusza w podróż, która być może doprowadzi ją do odkrycia tożsamości jej biologicznej matki. A jeśli Natalie rzeczywiście ją odnajdzie? Co się stanie, gdy spotkają się twarzą w twarz? Czytając ten opis wydawało mi się, że fabuła jest bardzo banalna, a temat wielokrotnie już wykorzystywany. Jednak wzięłam, przeczytałam i ... odłożyłam. Lektura łatwa, przyjemna, a w połączeniu z dosyć dużą czcionką nie wymaga poświęcenia ogromnej ilości czasu. Niemniej za wiele nie wnosi. Natalie podjęła decyzję o próbie odnalezienia matki, jej adopcyjni rodzice niechętnie się na to zgodzili, wielokrotnie wyjeżdżała, aż w końcu znalazła swoją rodzicielkę i na tym tak naprawdę historia się kończy. Spodziewałam się, że samo spotkanie z matką zostanie przedstawione nieco szerzej i z większą pomysłowością, a tymczasem wątek ten został spłycony do granic możliwości. Również postacie wydają mi się mało naturalne, a zwłaszcza adopcyjna mama głównej bohaterki, której zachowania jawią mi się jako infantylne i czasem niezrozumiałe, których nie usprawiedliwia nawet fakt, iż jest artystką. Podsumowując, książkę można polecić dla zabicia czasu i podjęcia jakiejkolwiek lektury ( w przypadku osób, które w ogóle nie czytają) z dopiskiem, iż nie należy spodziewać się niczego sensacyjnego :). Trochę sobie pomarudziłam. Być może wynika to z mojego "zaawansowanego" wieku oraz faktu, że okres młodzieńczych fascynacji mam już za sobą.

Deszczowej pogodzie mówimy stanowcze NIE ! Motyle w tle to mój osobisty sprzeciw wobec panoszącego się wszędzie deszczu :) !!!!!!!!

środa, 26 maja 2010

Heban- Ryszard Kapuściński


Heban to książka, która wprowadziła mnie kilka lat temu w twórczość, nie żyjącego już niestety, Ryszarda Kapuścińskiego i zachęciła do lektury innych jego pozycji. Na początku swojej pracy, wydanej w 1998 roku jako zbiór niekoniecznie powiązanych ze sobą reportaży, Kapuściński zaznacza, że "... nie jest to więc książka o Afryce, lecz o kilku ludziach stamtąd, o spotkaniach z nimi, czasie wspólnie spędzonym. Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać...". Słowa te podkreślają charakter podróżniczych poszukiwań, których celem jest dotarcie do człowieka Czarnego Lądu, jego patrzenia na świat i sposobu funkcjonowania w otaczającej rzeczywistości. Z kart reportażu wyłania się jednak obraz jakiegoś wycinka Afryki i nie jest to bynajmniej Afryka widziana przez pryzmat pięciogwiazdkowych hoteli i kolorowych folderów biur podróży oferujących niezapomniane safari, ale Afryka dzika, biedna, gdzie dla wielu łyżka ryżu to wciąż luksus, a konflikty zbrojne na stałe wpisały się w codzienne życie. Czytając ją z perspektywy "białego", który wielu Afrykańczykom jawi się jako człowiek bogaty, mogący pomóc wyrwać się z poniżającej biedy i niedostatku, łatwo zauważyć ogromne różnice i to różnice na poziomie cywilizacyjnym. Świetna książka, owoc wytężonej pracy i zainteresowań Kapuścińskiego, a także ryzyka jakie podjął, aby ukazać światu problemy współczesnej Afryki. Warto przeczytać, gdyż jest to jedna z tych książek, które z pewnością czytelnika nie znudzą, a zachęcą do zgłębienia twórczości autora.

Post ten stanowi to, co we mnie zostało z przeczytanego wiele lat temu Hebanu :)

środa, 19 maja 2010

Pani Bovary - Gustave Flaubert

Pani Bovary to literatura odważna, rewolucyjna jak na czasy, w których tworzył Gustave Flaubert- francuski pisarz urodzony w 1821 w Rouen. Wydania w 1857 roku powieść wstrząsnęła francuskimi czytelnikami oraz wywołała niemałe oburzenie wśród środowisk stojących na straży moralności i dobrych obyczajów.
Po śmierci żony Helojzy, Karol Bovary czuje się przygnębiony, ale jednocześnie wolny. Chcąc zwalczyć poczucie osamotnienia, staje się częstym gościem domu pana Rouault, gdzie poznaje jego córkę Emmę, którą niebawem prosi o rękę po czym zostaje przyjęty zarówno przez samą dziewczyną, jak i jej ojca. Po hucznym weselu życie wraca do normy, a wraz z nim topnieje uczucie Emmy wobec Karola. Młoda pani Bovary zdaje sobie sprawę, że nie darzy mało atrakcyjnego małżonka miłością, ani nawet sympatią, wobec czego, bez wyrzutów sumienia, zaczyna snuć fantazje o idealnej, romantycznej miłości i spędzeniu życia u boku znacznie ciekawszego i nietuzinkowego mężczyzny, a czytając tkliwe romanse jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że jej małżeństwo to fatalna pomyłka. Jednocześnie, chcąc upodobnić się do bohaterów czytanych powieści oraz francuskiej arystokracji, z którą ma styczność na balu u
markiza d'Andervilliers, Emma staje się bardzo rozrzutna, "inwestując w siebie" ciężko zarobione pieniądze Karola, który zwodzony jej kłamstwami i zmyślonymi historiami daje spokój dociekaniom. Nie trudno się domyślić, że historia kończy się dla Emmy bardzo tragicznie.
Książka bardzo dobra, jak większość pozytywistycznych powieści, piętnująca rozrzutność, życie ponad stan oraz niewierność małżeńską i wszelkie oszustwo. Ukazuje, że połączenie tych wszystkich postępków nie może wyjść winowajcy na dobre. Ponadto płynna, wartka narracja połączona z wyrażeniami, które dawno wyszły już z użycia oraz barwnymi opisami rzeczywistości dodają powieści realizmu Bardzo chętnie sięgam po tego typu powieści, zarówno angielskie, francuskie, jak i polskie. Kto następny? Może Stendhal

poniedziałek, 10 maja 2010

Mazurska saga Małgorzaty Kalicińskiej




Mazurska trylogia Małgorzaty Kalicińskiej zyskała ogromną popularność wśród polskich czytelników. Co jednak jest podstawą tak ogromnego sukcesu? Piękne mazurskie krajobrazy, magia przyrody czy może ciepła rodzinna atmosfera domu nad tytułowym rozlewiskiem? Czytając poszczególne części, a przyznać muszę, że lektura była bardzo relaksująca i wciągająca, miałam wrażenie, że wszystkie wyżej wymienione elementy miały wpływ na wysoką poczytność książek, ale stanowiły tylko tło dla znacznie ciekawszych postaci i trochę mniej absorbującej fabuły.
Pierwszą książką, wydaną w w 2006 roku jest
Dom nad rozlewiskiem,
do którego wprowadza się Małgosia- główna bohaterka, która na skutek niespodziewanej utraty pracy w prestiżowej agencji reklamy i coraz chłodniejszych relacji z mężem, postanawia odbudować, dawno przekreślone przez wszystkich, relacje ze swoją matką Basią. Porzuca wygodne warszawskie życie i przenosi się na mazurską wieś, gdzie dosyć szybko wtapia się w lokalną społeczność oraz układa stosunki ze swoją "nową" mamą oraz opóźnioną w rozwoju i nieufną ciotką Kaśką. Otoczona pięknymi krajobrazami, klimatem swojskiego domu i sympatią okolicznych mieszkańców, Gosia postanawia przenieść swoje życie i zostać, ku radości Basi, mieszkanką chaty nad rozlewiskiem. Czy uda się Basi i Gosi odnaleźć wspólny język i wyjaśnić dlaczego Gosia została przez mamę odrzucona? Tak, ale następnej części pt.
Powroty nad rozlewiskiem, w której czytelnik zapoznaje się z dziejami domu, okolicznościami, w jakich rodzina Małgorzaty w nim zamieszkała oraz wczytuje się w historię samej Basi, ukazującej przyczyny jej nieobecności w życiu córki. Książka, moim zdaniem, znacznie ciekawsza, bardziej absorbująca i realna z wieloma retrospekcjami i oddzielnymi opowieściami. Niestety trzecia część Miłość nad rozlewiskiem trochę mnie rozczarowała, a ocenić ją mogę tylko używając określenia "nawet fajna". Postać Gosi zeszła w niej na drugi plan, a jej miejsce zajęła Paula -przyjaciółka Marysi ( córki Małgorzaty). Miłość... to już inna opowieść ukazująca życie z perspektywy wspomnianej Pauli i jej sposobu patrzenia na świat. Znacznie bardziej przewidywalna i trochę banalna. Myślę, że warto sięgnąć po całą trylogię, zwłaszcza, że poszczególne jej części wzajemnie z siebie wynikają, więc czytanie ich bez zachowania kolejności sprawiałoby wrażenie wyrwania z kontekstu i ogólnego bałaganu. Niemniej polecam, chociażby ze względu na silne kobiece postacie z Małgorzatą, Basią, Paulą i sklepikarką Elwirą na czele oraz rodzinną atmosferę tytułowego domu.

piątek, 7 maja 2010

Kiedy świat sięzatrzymał.63 dni w Watykanie z Piotrem Kraśko- Piotr Kraśko

"O 21.37 nasz kochany Ojciec Święty powrócił do domu Ojca". Tymi słowami arcybiskup Leonadro Sandri obwieścił światu informację o śmierci Jana Pawła II, która poruszyła miliony osób na całym świecie. W kościołach rozbrzmiały dzwony, w oknach zapłonęły świece, a ludzie zgromadzeni w różnych miejscach, najliczniej zaś na Placu Św. Piotra, pogrążyli się w modlitwie i żalu, opłakując śmierć Papieża Polaka, który swoim życiem dał wyraz wielkiej miłości do Boga i człowieka.
Śmierć Ojca Świętego była momentem kulminacyjnym, a także następstwem jego choroby i cierpienia. Książka Piotra Kraśko wydana jakiś czas po odejściu Głowy Kościoła ( nie pamiętam dokładnie daty) jest swoistą relacją z tego okresu. Opisuje wymowę i dramatyzm tych wydarzeń, ukazując stopniowe wygasanie Jana Pawła II. Skonstruowana jak dziennik, daje poczucie bezpośredniego uczestnictwa w ostatnich chwilach Papieża oraz pełen obraz tego, co działo się na przełomie marca i kwietna 2005 roku w Watykanie.

Niezwykle ciekawa, napisana rzeczowymi i profesjonalnym, ale zarazem bardzo prostym językiem oraz budująca atmosferę napięcia publikacja zasługuje na uwagę i poświęcony jej czas. Kiedy ją czytałam, a było to prawie 4 lata temu, ukazał mi się dostojny watykański świat, z osobą Ojca Świętego w centrum, na który zwrócone były oczy całego świata. Do tej pory mam w pamięci tę książkę i przypuszczam, że jeszcze kiedyś do niej powrócę. Póki co pozostaje mi tylko ją polecić i pogratulować Piotrowi Kraśko dobrej i sprawiającej wrażenie rzetelnej roboty roboty.

czwartek, 6 maja 2010

Baby - Antoni Czechow

Antoniego Czechowa do tej pory kojarzyłam głównie z Wiśniowym sadem i kilkoma innymi sztukami teatralnymi. Jednak nie tylko sztuki znajdują się w dorobku rosyjskiego klasyka, ale również obrazki, nowele i opowiadania. Utwory Czechowa, pomimo tego, że nasycone są komizmem, to jednak mają głęboką wymowę społeczną, ukazującą ponurą prawdę o warunkach życia w carskiej Rosji.
Tom opowiadań Baby w humorystyczny sposób przedstawia kobiety ich potrzeby, sposób myślenia i ...wady. Począwszy od egzaltowanej księżnej pani, poprzez trzpiotkę Olgę i żonę wysokiego urzędnika Annę, na prostych wiejskich babach kończąc. Każda z nich jest inna. Najbardziej spodobały mi się dwa pierwsze opowiadania: o Księżnej Pani żyjącej w samouwielbieniu, zupełnie nie zauważając swoich wad i Oldze Iwanownej, której sztuki piękne i chęć zawierania znajomości z wybitnymi osobistościami przesłoniły realne, przyziemne życie.
Czechow nie szczędzi również pod adresem płci pięknej kąśliwych uwag oraz daje do zrozumienia, że bardzo często to właśnie one są przyczyną zguby mężczyzn również tych statecznych. Świetna proza, barwne postacie, zabawny chociaż nieco anachroniczny język oraz charakterystyczne dla tamtego okresu zwroty i modele zachowań. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się naprawdę szybko i z dużą przyjemnością. Nie znuży czytelnika, wręcz przeciwnie, sprawi, że czas spędzony z "Babami" będzie fajną rozrywką.

piątek, 30 kwietnia 2010

Akademia Księżniczek- Shannon Hale

Czy nie będąc już nastolatką,ba, nawet nie zaliczając się za bardzo do młodzieży (chociaż według niektórych młodość to stan ducha, a nie metryki) wypada sięgać po książki tzw. młodzieżowe. Otóż według mnie wypada.Przecież nie wszystkie tytuły swoim poziomem zbliżone są do serii "Pamiętnik Księżniczki", która nawiasem mówiąc jest nieco infantylna.Wiele jest przecież książek, które podejmują naprawdę ważne i ponadczasowe problemy, aktualne dla każdej grupy wiekowej. Przykładem takiej pozycji jest"Akademia Księżniczek" Shannon Hale. Mimo iż tytuł mógłby wskazywać na związek z wyżej wymienioną serią, to zupełnie ( na szczęście) nie ma z nią nic wspólnego. Akademia Księżniczek to prosta, ale zarazem bardzo wymowna historia małej mieszkanki biednej, górskiej wioski leżącej u podnóża góry Eskel -Miri, która pewnego dnia zostaje wezwana wraz z innymi dziewczętami do tytułowej Akademii w celu odbycia kursu na przyszłą księżniczkę. Życie w szkole nie jest łatwe. Codziennie zmagania z lekcjami dykcji, czytania, ogłady czy ekonomii oraz znoszenie kaprysów guwernantki Olany sprawiają, że Miri coraz mniej pragnie zostać księżniczką, a wrócić do wioski, gdzie czekają na nią kochający ojciec i siostra. Jak potoczą się losy dziewczynki? Czy zostanie księżniczką? Odpowiedzi należy szukać w książce, którą warto polecić każdej dorastającej dziewczynie i przekonać, że warto czasem zawalczyć i zostać księżniczką, chociażby dla samej siebie. Poza tym opowieść jest afirmacją prostego życia opartego na tradycyjnych wartościach takich jak rodzina, przyjaźń oraz przywiązanie do rodzinnych stron i lokalnej wspólnoty ludzi, w otoczeniu której spędziło się większość życia. Książka w baśniowy sposób opowiada o odwadze i lojalności, a także pierwszych uczuciach rodzących się między chłopakiem i dziewczyną. Warto mieć tę książkę w pamięci, aby móc polecić ją młodszym czytelnikom.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Madame-Antoni Libera

Czytając Madame Antoniego Libery do końca nie wiadomo, z jakim gatunkiem ma się do czynienia. Jak słusznie zauważył Stanisław Barańczak, książkę "można czytać naraz jako thriller, fascynującą historię miłosną, a także jako komiczną powieść polityczną i społeczną satyrę". Z tym thrillerem to może trochę przesada, ale pozostała część stwierdzenia jak najbardziej adekwatna. Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest niepokorny, poniekąd zbuntowany, starający się na każdym niemal kroku wyrażać swój sprzeciw wobec panującej rzeczywistości, ale nade wszystko szaleńczo inteligentny dziewiętnastolatek, którego imienia czytelnik nie poznaje. Książka świetna aczkolwiek niezbyt łatwa z odbiorze. Wymaga skupienia, a czasem nawet konfrontacji z innymi źródłami wiedzy. Niemniej zmusza do myślenia i refleksji. Uznawana za literaturę elitarną, a więc przeznaczoną dla czytelnika mającego dosyć obszerną wiedzę w tym wypadku z zakresu muzyki i literatury lub sporo samozaparcia, aby w trakcie lektury uzupełniać swoje braki.
Główną osią powieści jest niemal obsesyjna fascynacja głównego bohatera swoją piękną i nietuzinkową, jak na peerelowskie warunki, nauczycielką języka francuskiego, która zawładnęła sercem, ale przede wszystkim umysłem młodego człowieka. Od tego czasu bohater bez imienia (niewykluczone, że jest nim sam autor) bawi się w detektywa i stara się poznać, nierzadko podstępem, jak najwięcej faktów z życia tytułowej Madame. Snuje wyobrażenia i domysły na jej temat, a aluzjami i niedomówieniami daje do zrozumienia, że jest dla niego wyjątkową kobietą.
Porywająca opowieść o potrzebie marzenia, o wierze w siłę słowa i o naturze mitu, którego ziarno kryje się w życiu każdego człowieka. Dawno nie czytałam tak dobrej, ale i wymagającej książki, co zawdzięcza się również zabawnej, płynnej i niebanalnej stylistycznie narracji ze swobodnie wplecionymi słowami uznawanymi dzisiaj już za anachroniczne. Naprawdę warto przeczytać.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

4 czerwca - Joanna Sczepkowska

"Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm". Te słynne słowa, wypowiedziane przez aktorkę Teatru Telewizji Joannę Sczepkowską w Dzienniku Telewizyjnym, wywołały prawdziwe poruszenie wśród społeczeństwa. Ludzie wpatrywali się w ekran, nie bardzo wiedząc jak to zdanie skomentować. Co jednak skłoniło Szczepkowską do wypowiedzenia tak znaczących i zaskakujących słów? Na to pytanie odpowiedzi udzieli książka, którą napisała 20 lat po swoim nieoczekiwanym wystąpieniu. Zawarła w niej wiele swoich przemyśleń na temat komunistycznej rzeczywistości, kilka anegdot oraz opisów wydarzeń, które wpłynęły na jej intelektualny i światopoglądowy rozwój.
4 czerwca, można powiedzieć, że jest czymś w rodzaju autobiografii, pomimo, że swoją formą zupełnie na to nie wskazuje. Poukładane chronologicznie króciutkie opisy różnych wydarzeń i związane z nimi refleksje tworzą pewną całość. Początkowe rozdzialiki pisane są z perspektywy dziecka, które nie do końca rozumie znaczenie słów zasłyszanych w rozmowach dorosłych, zwłaszcza rodziców - przeciwników panującego systemu. Wraz z upływem lat, wpisy stają się coraz bardziej dojrzałe, ukazując tym samym rozwój Szczepkowskiej uwidoczniony w samodzielnej interpretacji zaistniałych wydarzeń. Czytelnik śledzi polityczne zaangażowanie aktorki, jej udział w wielu ważnych wydarzeniach ( marzec 1968) oraz relacje z najważniejszymi osobami ówczesnej opozycji z Jackiem Kuroniem na czele. Co ważne publikacja nie jest tylko suchym przeglądem historycznych zdarzeń i interpretacją ich konsekwencji, ale raczej ciepłym opisem panujących wtedy warunków życiowych Polaków. Tęsknotą za kolorowym światem z pocztówek słanych za granicy, za smakiem czekolady Milki, która w porównaniu z polską masą czekoladopodobną, miała niebiański smak czy modnymi ubraniami prosto z paryskich jurnalów. Książka miła i prosta w odbiorze, podająca najważniejsze daty w przystępnej formie. Zainteresuje chyba każdego,komu, chociażby przez krótki okres, przyszło żyć w komuniźmie, który poczuł jego klimat oraz doświadczył charakterystycznych dla tamtego czasu, absurdów.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Szkic do portretu Ślązaczki - Elżbieta Górnikowska- Zwolak

Feminizm to problem, który w dzisiejszych czasach, kiedy kobieta na równi z mężczyzną może aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym, zyskał na popularności. Wielu autorów podjęło się analizy tego zjawiska. Wśród nich znalazła się także Elżebieta Górnikowska-Zwolak, która była jednocześnie moją wykładowczynią (nie lubiła kiedy używano wobec niej męskiej formy tego wyrazu). Otóż pani Górnikowska napisała swojego czasu książkę pt. Szkic do portretu Ślązaczki, którą przyszło mi, w ramach zaliczenia przedmiotu, zrecenzjować. Powracam czasem do tej pozycji i polecam wszystkim, którzy w jakiś sposób związani są z kulturą Górnego Śląska, jego gwarą lub po porstu chcą dowiedzieć się czegoś więcej na temat tradycyjnego życia śląskiej kobiety sprzed ponad stu lat. Publikacja niezwykle ciekawa, łącząca w sobie zagadnienia stricte naukowe, ale i "życiowe" uwidocznione w rozmowach z starszymi przedstawicielkami śląskiej kultury.
Książka składa się z czterech rozdziałów. W pierwszym autorka ogólnie zapoznaje czytelnika z problemem jaki podjęła . Pisze czym jest feminologia (inaczej studia kobiece) i feminizm. Wyjaśnia także stosunkowo nowe pojęcie- seksizm oraz zastanwia się na przyczynami nieobecności kobiet w historii, zgadzając się z poglądami innych feministek, w tym z Sue Maysield -autorką książki Women and power, którą we wstępie cytuje, iż kobietom poświęca się po prostu mało uwagi. Ważną rzeczą, jaka została tu również uwzględniona to feministyczna lingwistyka. Autorka stwierdza, bazując na poglądach historyczki Mary Beard, że niejednoznaczność nazw i terminów, które sugerują gramatycznie, że ma się do czynienia z osobą płci męskiej stanowią poważny problem, który bardzo łatwo dzisiaj zauważyć. W drugim rozdziale Elżbieta Górnikowska - Zwolak przedstawia metody badań własnych, cel pracy jakim głównie jest rekonstrukcja życia i osobistych przeżyć Ślązaczki, a także obszar na którym badania zostały przeprowadzone. W tej pracy autorka zastosowała badania jakościowe, gdyż przedmiot badań nie jest czymś obiektywnym i mierzalnym. Bardzo ciężko zmierzyć wspomnienia, przeżycia i wartości ,jakimi kieruje się podmiot badań, toteż podejście jakościowe jest tu jak najbardziej adekwatne. Wśród metod jakościowych autorka wymienia za A.Wyką otwarty wywiad pogłębiony, metodę biograficzn, obserwację uczestniczącą oraz jakościową analizę treści.

Trzeci rozdział to swoisty opis realiów życia na Górnym Śląsku na przestrzeni wielu lat. Opisując typową śląską rodzinę, w której głową i niepodważalnym autorytetem był ojciec górnik bądź hutnik, autorka szczególnie skupiła się na kobiecie - jej statusie i kompetencjach w rodzinie. Pozycja kobiety oczywiście zmieniała się na przestrzeni lat. W latach międzywojennych kobieta nie tylko nie była mile widziana na rynku pracy, ale również tradycja nie pozwalała jej zbytnio na podjęcie zatrudnienia. Natomiast w latach transformacji ustrojowej sytuacja ta uległa diametralnej zmianie. Kobiety mogły pracować, co więcej społeczeństwo nawet tego od nich wymagało.
Elżbieta Górnikowska - Zwolak szczególną uwagę zwróciła na przywiązanie Ślązaków do tradycji. W związku z tym przedstawiła także obraz tradycyjnej śląskiej kobiety (gdyż to ona jest głównym podmiotem badań).Zwykle przedstawiana jako gospodyni domowa, strażniczka domowego ogniska, która cały swój czas poświęca rodzinie, śląska kobieta rezygnuje z swoich pragnień i potrzeb na rzecz potrzeb swoich najbliższych. I poimo faktu, że to mężczyzna zajmuje wyższą pozycją jeśli chodzi o prestiż, kobieta zdecydowanie góruje w codziennej, realnej hierarchii władzy.Jak zauważa również Leon Dyczewski, którego opinie zostały w pracy zacytowane, to właśnie rola matki i żony jest zdecydowanie bogatsza i ważniejsza w realnej strukturze rodzinnej.
Aby nie pozostawić czytelnika tylko z suchą, przepełnioną faktami i stwierdzeniami teorią ( która również jest ciekawa) Elżbieta Górnikowska -Zwolak zamieściła w swojej pracy wypowiedzi starszych Ślązaczek , z którymi przeprowadziła wcześniej wywiady narracyjne. Rozdział czwarty, w którym owe wypowiedzi zostały umieszczone jest moim zdaniem zdecydowanie najciekawszy. Czytając ten właśnie fragment książki uświadomiłam sobie, jak wiele się zmieniło na przestrzeni tych niemal stu lat. Pytania skierowane do pań dotyczyły głównie ich dzieciństwa, dorastania, a także czasu, kiedy one same zakładały już własne rodziny. Bardzo przyjemnie czytało się wypowiedzi osób starszych, które zechciały podzielić się swoimi wspomnieniami i przeżyciami, ukazując w nich, że życie za „ich czasów" było zupełnie inne, niekiedy bardzo ciężkie, ale mimo wszystko oparte bardzo mocno na więzach rodzinnych, tradycji i religii, co powoli zaczyna na Śląsku, podobnie jak w innych regionach kraju, zanikać. Fakt ten został już wielokrotnie podkreślony przez autorkę między innymi w trzecim rozdziale, a rozdział czwarty przykładami tylko to potwierdza.
Naprawdę zachęcam wszystkich do przeczytania tej pracy, która wiele wnosi w ogólny dyskurs na temat roli kobiety w życiu rodzinnym i społecznym, a dzięki prostemu i zrozumiałemu językowi, każdy czytelnik poradzi sobie z socjologicznymi pojęciami i zagadnieniami. Jednak najbardziej polecam dwa ostatnie rozdziały, w których snują swoją opowieść same Ślązaczki, dzieląc się na swój sposób refleksjami na temat kobiecości i udziału płci pięknej w kulturze Górnego Śląska.

środa, 7 kwietnia 2010

Biała Masajka - Corrine Hoffman

Corinne Hoffman -właścicielka butiku z używanymi rzeczami przyjeżdża wraz ze swoim przyjacielem Markiem do Kenii, gdzie zamierzają spędzić cudowne wakacje. Wsiadając do samolotu, żadne z nich nawet nie przypuszcza, że ich drogi w jednej chwili się rozejdą, a życie Corinne zostanie odwrócone do góry nogami. Wszystko zaczyna się na promie płynącym do Mombasy, gdzie Corinne dostrzega w tłumie ludzi pięknego, ubranego w tradycyjny strój masajskiego wojownika, który przyciąga ją jak magnes, doprowadzając niemal do emocjonalnej ekstazy.

W jednej chwili dziewczyna podejmuje decyzję, że nie wraca do Europy, tylko zostaje ze "swoim Masajem". Wielkie, odurzające uczucie prowadzi Corinne do dzikiego buszu i skłania do zamieszkania w masajskiej wiosce u boku swego ukochanego wojownika Samburu-Lketingi, co wiąże się również z całkowitą zmianą stylu życia i zerwaniem z dotychczasowym sposobem myślenia.
Książka jest relacją z ponad czteroletniego życia w kenijskim buszu, gdzie "Biała Masajka" Corinne doświadczyła wielkiego szczęścia, ale i posmakowała goryczy porażki, bezsilności i rozczarowania. Niemal każdego dnia musiała zmagać się z afrykańską biurokracją, posuniętą nierzadko do granic absurdu, dzikimi i niehumanitarnymi praktykami obyczajowo-religijnymi, z obrzezaniem młodych dziewcząt na czele, a także z budowaniem trudnej małżeńskiej relacji ze swoim mężem. Początkowo wszystko było dla Corinne inne, dziwne, a codzienne zajęcia znacznie cięższe niż w jej rodzinnej Szwajcarii. Dzielnie jednak znosiła, w imię miłości do Lketingi, niewygody oraz brak wystarczającej ilości jedzenia
i wody pitnej. Wiele też zrobiła dla lokalnej społeczności, którzy widzieli w mzungu ( biały) kogoś, kto jest w stanie ich nakarmić i sprawić, aby życie było lżejsze. Z czasem jednak problemy i nieporozumienia z mężem brały górę, a nasiliły się jeszcze bardziej po narodzeniu córki Napirai, co ostatecznie skłoniło Corinne do opuszczenia Kenii...na zawsze.
Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że jest ona przestrogą. Historia Corrine i Lketingi pokazała, że w zderzeniu tak skrajnie różnych kultur prezentujących odmienne spojrzenie na praktycznie wszystkie dziedziny życia, małżeństwo nie ma prawa bytu. Ani Corinne, ani Lketinga nie potrafili do końca wyzbyć się swojego tradycyjnego myślenia i całkowicie otworzyć na kulturę małżonka. Corinne jeszcze jakoś sobie radziła, natomiast Lketinga, zbyt mocno przywiązany do tradycji i obyczajowości Samburu, nie był w stanie uczynić tego dla swojej żony.
Tłem burzliwej miłości jest Afryka. Nie Afryka podziwiana przez pryzmat pięciogwiazdkowych hoteli i wycieczek na Safari, lecz Afryka dzika, tajemnicza i przede wszystkim niebezpieczna, ale jednocześnie piękna, pociągająca oraz kusząca wachlarzem barw i zapachów. Dzięki autorce czytelnik ma szansę doświadczyć, przynajmniej w niewielkim stopniu jej atmosfery i klimatu. Czytając opisy wschodów słońca, ma się wrażenie, że stoi się tuż obok Corinne i widzi dokładnie to samo co ona, a zwyczaje, które słowem naszkicowała w książce stają przed oczami jak żywe. Książka zatem jest bardzo realistyczna, nie pozbawiona humoru, ale i pełna dramatyzmu, wynikającego z nieumiejętności całkowitego wtopienia się w masajską kulturę i obyczajowość. To co raziło Coranne z humanitarnego punktu widzenia, dla Lketingi i jego najbliższych było najzupełniej normalne, co więcej nieprzestrzeganie surowych zasad prowadziło do śmieszności i wykluczenia społecznego. Nawet jednostki światłe i wykształcone, których przedstawicielem jest James-brat Lketingi, nie mają szans, aby porządek rzeczy, uznany w mentalności samburskiej jako święty, zmienić lub przynajmniej ograniczyć. Bez wątpienia książka zainteresuje każdego, kto chociaż skrycie marzy o poznaniu Afryki i jej kultury, a świetna, lekka narracja uczyni czytelnika towarzyszem
Coranne podczas jej czteroletniego pobytu w kenijskim buszu. Warto sięgnąć po „Białą Masajkę" oraz jej kontynuacje „ Żegnaj Afryko" i „Moja afrykańska miłość", aby poczuć prawdziwą Afrykę otoczoną aurą dzikości, tajemniczości, ale nade wszystko piękna i majestatu.